XXV-lecie Max-Fliz - wywiad z Kazimierzem Kaźnicą

Max-Fliz 25-lecie wywiad z wiceprezesem Max-Fliz

Rok 2017 jest szczególny – mija w nim 25 lat istnienia firmy Max-Fliz. Było to ćwierć wieku intensywnego rozwoju przedsiębiorstwa - z małego sklepu, sprzedającego wyłącznie płytki, przeistoczyło się ono w sieć salonów, zajmujących się kompleksowym wyposażeniem wnętrz. Wraz z rozwojem firmy, odbywał się rozwój osób, które z nią związały swoje życie.

Ta szczególna rocznica stała się okazją do wspomnień, o które poprosiliśmy wiceprezesa Galerii Wnętrz Doskonałych Max-Fliz pana Kazimierza Kaźnicę.

Magnetyzm Formy wywiad z Kazimierzem Kaźnicą

Kazimierz Kaźnica


Red.: Jest Pan z firmą związany od początku – jak to się zaczęło?

K.K.: Firma Max-Fliz powstała wiosną 1992 roku. Założycielem byli Piotr Kurleto i Jan Włodarczyk. W niedługim czasie dołączyłem do zespołu jako pierwszy pracownik, i tak zaczęła się moja wielka przygoda w tej Firmie.
Pierwszy sklep mieścił się w Krakowie na ulicy Kalwaryjskiej 67. Była to w tamtych czasach  główna i najbardziej prestiżowa ulica w dzielnicy Podgórze, klimatem przypominała włoskie miasta – pełna życia, tętniąca kolorami. Rodziło się tam wiele nowych interesów, część z nich z naszej branży. Co ciekawe, z klientami, którzy wówczas zdecydowali się na zakupy w Max-Flizie, mamy kontakt do teraz. Dziś wyposażamy domy i mieszkania ich dzieci.

Red.: Jak na początku wyglądało funkcjonowanie firmy?

K.K.: Na początku byliśmy w trójkę i zajmowaliśmy się dosłownie wszystkim – sprzedażą, odbiorem towaru, magazynem i sklepową ekspozycją. Z czasem tych obowiązków było coraz więcej i tak nasz zespół zaczął się powiększać. Głównie o sprawdzonych kolegów, z którymi przyjaźniłem się od lat i znałem ich potencjał.

25 lat Max-Fliz


Po 3 latach rozwinęliśmy się na tyle, że powstał następny salon, który mieścił się na ul. Klimeckiego. Było to Centrum Targowe, istniejące od 1993 roku, które miało na celu promowanie nowoczesnych materiałów, rozwiązań projektowych i technologicznych, stosowanych w budownictwie. Dla nas było to idealne miejsce, w którym mogliśmy się w pełni zaprezentować i pokazać pierwsze prawdziwe aranżacje łazienek. Wcześniej płytki eksponowaliśmy na prostych stojakach – nowa lokalizacja umożliwiła nam stworzenie boksów z pełnym wyposażeniem łazienkowym. Wychodzi na to, że 20 lat temu wprowadziliśmy coś, co sprawdza się do dziś. Od tamtej pory bardzo dużą uwagę przykładamy do tego, jak nasze aranżacje odwzorowują łazienki, których szukają nasi klienci.
25 lat Max-Fliz
W 1998 roku powstał, największy wówczas w Polsce, Park Handlowy Zakopianka. I to tutaj w 1999 r. otworzyliśmy swój największy salon Max-Fliz.
Początkowo miał 600 m2, następnie 900 m2, a kilkanaście lat temu osiągnął metraż 4000 m2 powierzchni handlowej. Obok salonu stworzyliśmy magazyn, co było strzałem w dziesiątkę, bo większość zakupionych towarów odebrać można od razu, co jest dla klientów bardzo wygodne. Szczególnie teraz, gdy w Krakowie tyle czasu traci się w korkach.
Te dodatkowe kilkaset metrów powierzchni ekspozycyjnej generowało przyjęcie kolejnych pracowników i w ten sposób od 3 osób doszliśmy do około 150 pracowników w samym Krakowie. A w międzyczasie otworzyliśmy jeszcze salony we Wrocławiu i w Katowicach, a liczba osób zatrudnionych wzrosła do 300 osób.

Red.: A skąd wzięła się nazwa Max-Fliz?

K.K.: Z hasła „Maksymalna ilość fliz” – w ten sposób podkreśliliśmy, że jesteśmy z Krakowa, bo tylko w  Małopolsce słowo „flizy” oznacza płytki ceramiczne.

Red.: Z ilu fabryk płytki sprzedawano na początku w Max-Flizie?

K.K.: Zaczynaliśmy od polskich fabryk, ale bardzo szybko zaczęliśmy coraz więcej płytek sprowadzać z importu. Z czasem też zmieniła się polityka sprzedażowa większości polskich fabryk i coraz większy nacisk kładliśmy na płytki zagraniczne.
Pierwszą naszą marką spoza Polski była hiszpańska fabryka Zirconio. To była pierwsza taka marka z prawdziwego zdarzenia, z dużym, jak na tamte czasy  formatem – nie 10x10 czy 15x15, ale AŻ 27x37. To było zupełnie wówczas niewiarygodne. Przy dzisiejszych formatach dochodzących do 300x150 cm rozmiar tamtych płytek wydaje się śmieszny, ale to faktycznie był przełom (śmiech).

Zachęceni możliwościami importu zaczęliśmy odwiedzać targi we Włoszech i Hiszpanii. Początkowo jeździł sam Piotr, później dołączyłem ja i kilku innych pracowników. Muszę przyznać, że wyjazdy na targi to ciężka i męcząca praca. W tej materii nic się nie zmienia – w ciągu kilku dni trzeba przejść rozległy teren wystawienniczy, niekiedy złożony z kilkunastu hal po tysiące metrów każda, odbyć kilkadziesiąt spotkań i obejrzeć setki płytek, żeby wybrać dla naszych klientów jak najlepsze produkty. Były momenty, kiedy mieliśmy ponad 100 dostawców! To była ciężka praca, ale konieczna by poznawać i śledzić trendy na świecie.

Z czasem zauważyliśmy, że klienci chcą wyposażać u nas swoje domy nie tylko w płytki. Zaczęliśmy więc poszerzać ofertę Max-Flizu i sprowadzać kolejne produkty z działu wyposażenia wnętrz, aż doszliśmy do takiej kompleksowości, że klient może u nas wyposażyć cały dom. Pojawiły się inne działy: meble, oświetlenie czy – całkiem niedawno – kuchnie oraz podłogi i drzwi. I co najważniejsze stworzyliśmy nowe, własne marki: MaxHome Ceramic (płytki), Maxlight (oświetlenie), Maxliving (meble) oraz MOBI (baterie i ceramika łazienkowa). To duża radość stworzyć coś swojego, a do tego podoba się to klientom i wpisuje się w aktualną stylistykę i trendy.
25 lat Max-Fliz
Red.: Jak kształtowały się gusta Polaków na przestrzeni ostatnich 25 lat?

K.K.: Gdy patrzę z perspektywy ćwierć wieku, widzę, jak bardzo zmieniły się trendy i gusta naszych klientów. Dotyczy to nie tylko rozmiarów płytek – niegdyś panowała moda na formaty mniejsze, np. wspomniane już 10x10 czy 20x20 cm. Zmiany zaszły również w oczekiwaniach klientów odnośnie jakości wykonania, dostępności materiałów, ale przede wszystkim kolorystyki.
Wtedy, na początku naszej pracy, branża była dużo bardziej kolorowa. Biel i szarość – tak popularne dziś – sprzedawaliśmy tylko do obiektów służby zdrowia i do pomieszczeń przemysłowych. Klienci nie byli gotowi wpuścić do swoich domów betonu, szarości i bieli. Swoje łazienki widzieli w żywych kolorach – kupowali płytki zielone, niebieskie, brązowe a nawet różowe. Poza płytkami kupowali również barwioną ceramikę – królowały umywalki beżowe i seledynowe. Zdarzały się nawet umywalki w wyszukanych kształtach, najbardziej w pamięć zapadła mi umywalka stylizowana na morską muszlę. Dziś ani producenci nie oferują takich modeli, ani klienci ich nie poszukują.

Oferta, którą wtedy proponowaliśmy naszym klientom, bardzo różniła się od tego, co sprzedajemy dziś. Teraz przeważają płytki w odcieniach szarości, imitują drewno lub cement, albo kamień naturalny. Niemal cała ceramika łazienkowa, która jest sprzedawana, jest biała, a najpopularniejsze są proste, nowoczesne formy. Widać, jak bardzo odeszliśmy od tego, co klienci chcieli kupować dwadzieścia lat temu. Gusta stały się bardziej wyszukane, przestrzenie do aranżacji większe, możliwości technologiczne niemal nieograniczone. Od płytek dziś oczekujemy wysokiej jakości, bezpieczeństwa, trwałości bardziej niż zaskakująco barwnej kolorystyki.

Taką samą tendencję zauważyć można w historii naszego logo – pierwsze było fioletowo-niebiesko-srebrne. Kolejne – niebiesko-żółte. Podobnie barwne były nasze gadżety i reklamy. Z czasem robiło się coraz spokojniej – barwą wiodącą był granat, potem grafit, aż doszliśmy do obecnego – biało-czarnego logo.

Red.: A czy pamięta Pan, co było największym problemem i wyzwaniem wtedy, 25 lat temu?

K.K.: Największym problemem 25 lat temu była dostępność towaru. Należało się o niego ubiegać, blokować, jeździć do fabryk, stosować różne zabiegi, żeby towar był ostatecznie dla klienta dostępny. Były również problemy magazynowe – brakowało powierzchni magazynowej. Nie mieliśmy wówczas ani jednego wózka widłowego, bez których dziś nie możemy sobie wyobrazić naszych magazynów. Pamiętam czasy, kiedy przyjeżdżała ciężarówka i trzeba było ją własnoręcznie rozładować i ułożyć towar na paletach. Dla mięśni to był nie lada trening (śmiech).

Red.: Czyli kiedy przyjeżdżał taki duży tir, wypełniony 24 tonami płytek to był rozładowywany ręcznie?

K.K.: Tak, zbieraliśmy się w kilka osób, żeby to sprawnie zrobić i najnormalniej w świecie rozładowywaliśmy samochód ręcznie. Mogliśmy tak dwa, trzy tiry rozładować w ciągu dnia. Biło się rekordy – jak szybko można zdjąć towar z ciężarówki.
Do tej pory czasami śmiejemy się z historii, jak przetaczaliśmy ręcznie wagony. Kiedy co roku pojawiały się problemy ze znalezieniem transportu samochodowego, bo nadchodził czas dojrzewania pomarańczy i mandarynek, i ciężarówki były zajmowane przez importerów tych owoców, sprowadzaliśmy płytki koleją. I wtedy taki ładunek, w czterdziestostopowym kontenerze był podstawiany na bocznicę przy naszym magazynie. Czasami, jeżeli wagon nie był dobrze ustawiony, w kilka osób przesuwaliśmy go by był ustawiony idealnie do rozładunku. Teraz, jak opowiadamy to naszym handlowcom i magazynierom, to nikt nie chce w to uwierzyć (śmiech).

Red.: Czy wielu z tamtych pierwszych pracowników nadal pracuje w Max-Flizie?

K.K.: Tak. Myślę, że to jest główną zaletą firmy i naszą siłą – że do dziś traktujemy się bardzo partnersko i osoby, z którymi kiedyś zaczynaliśmy, w większości, są praktycznie tutaj do dziś. Większość działów, które powstały lub z czasem się rozwinęły, są oparte cały czas na tych samych osobach,  które kiedyś zaczynały i budowały Max-Fliz od podstaw.

Moich kolegów z sąsiednich klatek z bloku nadal mijam na korytarzach czy ekspozycji w salonie. Z wieloma z nich dorastałem od przedszkola. Byliśmy i jesteśmy ludźmi, którzy dobrze się znają i chyba dzięki temu, przez tyle lat razem przetrwaliśmy i nadal chcemy coś kreować.
Cały czas tworzymy jedną drużynę – jak w piłce nożnej i to nam bardzo pomaga.

Z resztą, to właśnie z powodu futbolu, chciałem z nimi pracować (śmiech). Graliśmy razem w piłkę, tak normalnie, po sąsiedzku. Rozumieliśmy się bez słów, każdy znał swoją rolę na boisku. I tak przełożyło się to na pracę w Max-Flizie. W wielu sprawach wciąż rozumiemy się w połowie wypowiedzianego słowa. Znamy swoje miejsce, swoją pozycję i swoje zadania. To sprawia, że działamy bez konieczności ciągłego sprawdzania siebie nawzajem.
Biała łazienka z drewnem
Red.: 25 lat firmy, to również ćwierć wieku Pana aktywności zawodowej i ponad połowa Pana życia. Jubileusz to  dobry moment, by wspomnieć co najlepszego przyniosła Panu ta praca.

K.K.: Relacje z ludźmi. Poznałem w tym czasie bardzo wiele osób z branży – zarówno z Polski, jak i z różnych miejsc na świecie, głównie - Hiszpanii i Włoch. Niektóre z tych znajomości przekształciły się w coś bliższego, niż tylko kontakty zawodowe, stały się przyjaźniami. Każda z tych osób wniosła do mojego życia coś wartościowego, pozytywnego, rozwijającego. Możliwość poznawania tak wielu interesujących osób to na pewno rzecz nie do przecenienia.
Max-Fliz to nie tylko płytki ceramiczne, od których zaczynaliśmy. To także dział mebli, oświetlenia, kuchni, drzwi, dział projektowy, magazyny, księgowość, serwis. We wszystkich tych działach pracują z nami wartościowi ludzie, bez których Max-Fliz w dzisiejszym kształcie nie byłby możliwy.

Dodatkowo zdanie sobie sprawy z tego, że pracuję w firmie, która jest doceniana i rozpoznawana w kraju, stawiana za wzór w Hiszpanii, Włoszech czy Niemczech, było dla mnie czymś  wspaniałym.

Red.: Życzymy zatem, aby kolejne lata również obfitowały w spotkania z takimi ludźmi.

K.K.: Dziękuję. Również mam nadzieję, że kolejne lata, które dopiero przed nami, przyniosą Max-Flizowi dalszy rozwój produktowy, aranżacyjny i osobowy. Głęboko wierzę, że najlepsze przed nami. Będziemy na to mocno pracowali.

 

Rozmawiała: Monika Gibes

NOWOŚCI MAX-FLIZ
Salon roku 2017, gazele biznesu 2017